piątek, 5 kwietnia 2013

Pełna chata na Święta Wielkanocne


W tym roku po raz pierwszy obchodziliśmy Święta Wielkanocne w "naszym" nowym domu we Francji i po raz pierwszy w tak licznym gronie. Do świątecznego śniadania zasiadło aż 12 osób, odwiedzili nas moi rodzice, siostra z rodziną, brat póki co solo oraz wujek & Co. Było gwarnie, wesoło (chociaż nie zawsze :)) i bardzo rodzinnie.

W pierwszy dzień świąt wybraliśmy się do Genewy na dłuższy spacer, a w drugi na całodniową wycieczkę do Chamonix. Góry jak zwykle oczarowały wszystkich. Pięknie było się wygrzać na szczycie w ostrym, jeszcze zimowym słońcu i podziwiać wspólnie boskie, alpejskie widoki. Na tę wycieczkę pojechał z nami mój kolega z roku Oziel. Po tym jak skosztował po raz pierwszy wódki w polskim gronie nie był w stanie wracać do domu :).

W kolejnych dniach obijaliśmy się trochę w domu, grając w gry planszowe i popijając drineczki, a na zakończenie pobytu moich rodziców, brata i wujka z Anią i Kevinem popłynęliśmy do Yvoire sprawdzić, czy są już pierwsze oznaki wiosny. 

ŚNIADANIE WIELKANOCNE

SPACER PO GENEWIE

CHAMONIX

NYON


YVOIRE


niedziela, 24 lutego 2013

Różne dziwne akcje w pięknym Zurychu

Szwajcarskie koleje nie należą do najtańszych ;), ale dzięki temu, że udało się nam załatwić jednodniowe bilety (pozdrowienia dla Piotrka!), mogliśmy cały dzień śmigać po Szwajcarii, za grosze w porównaniu z normalnymi cenami. W związku z tym postanowiliśmy pojechać trochę dalej i zwiedzić Zurych.

Zakochałam się w rozwiązaniu, które koleje szwajcarskie oferują dla dzieci - specjalny przedział zamieniony w plac zabaw, z siedzeniami dla rodziców, gdzie dozwolony jest zdecydowanie wyższy poziom głośności :). O ile prostsze byłoby podróżowanie pomiędzy naszymi rodzinami w Polsce, gdyby pociągi wyposażone były w taki placyk. W rezultacie Jana nie było widać przez całą podróż, tj. jakieś 3h :). Było go natomiast rzecz jasna słychać i muszę powiedzieć, że to co słyszeliśmy było bardzo miłe dla ucha. Jego francuski jest boski! Radzi sobie ten mały żuczek sto razy lepiej w tym temacie niż my.

Zaraz po wyjściu z pociągu zaczęły się jakieś dziwne przygody. Po pierwsze zaczepiła nas dziwna pani, która została naszym przewodnikiem przez jakieś pół godziny. Ostrzegła nas przed złodziejami, narkomanami, porwaniami, wysokimi karami za jazdę bez biletu, a na koniec zapytała, gdzie się dokładnie wybieramy. Kiedy odpowiedzieliśmy, że między innymi do ZOO, stwierdziła, że odwiedziliśmy niewłaściwe miasto, bo np. w Wiedniu jest większe :).

A wycieczka do ZOO była wbrew moim oczekiwaniom naprawdę bardzo ciekawa. Po raz pierwszy słyszałam ryczącego lwa, który swój obiad w postaci mega wielkiego kawałka żywego mięcha z kością, zakończył na naszych oczach ogromną qpą. Kiedy dotarł do nas jej zapach, musieliśmy się rozstać w pośpiechu :).

Następna ciekawostką były pingwiny. Czy widzieliście kiedyś w jakiej pozycji one śpią? Jakby im ktoś kark przekręcił :). Widzieliśmy jeszcze wielbłądy, słonie, kozy, sowy, hipopotamy, czaple, wilki i wiele innych. Zwiedzanie ZOO zakończyliśmy w vivarium, gdzie dwie niewinnie wyglądające niebieskie żabki, zaczęły po sobie skakać, wykonując mniej niewinne ruchy w pozycji zwanej naukowo Ampleksus, a mniej naukowo żabki na pieska :). Zaciekawiło to bardzo Janka, który zaczął dociekać co też one robią :). Na szczęście wystarczyło mu wyjaśnienie, że te miłe żabki bawią się ze sobą.

Później zrobiliśmy sobie krótki spacer słynną Bahnhofstrasse, najbardziej elegancką ulicą handlową w Zurychu, prowadzącą z dworca kolejowego do brzegu jeziora. Piękne budynki, przerażająco drogie sklepy, największe banki, pyszne gorące kasztany i straszny mróz - tak można podsumować nasze krótkie, ale bardzo ciekawe zwiedzanie Zurychu.