czwartek, 15 grudnia 2016

Jour J

No i nadejszla ta chwila.

W nocy z 13 na 14 grudnia zaczęłam mieć regularne skurcze. Przetrzymałam jakoś do rana, bo i tak miałam już zaplanowaną wizytę. Skurcze, a i owszem były regularne i dosyć silne, ale nieskuteczne. Odesłano mnie do domu, żebym się zdrzemnęła, odpoczęła i nabrała sił przed finałem. 

Zamiast do domu, pojechaliśmy na ogromną pizzę. Potem rzeczywiście udało mi się usnąć i do wieczora skurcze ustały. Po północy zaczęła się powtórka z rozrywki - regularne, silne skurcze. Po drugiej nad ranem zbudziliśmy Janka - ku jego wielkiej radości, że to JUŻ - i zawieźliśmy do Lapkowa.

W szpitalu na izbie przyjęć panie, żeby odwrócić uwagę od bólu zaczęły mnie zagadywać i komplementować. Podpięto mnie do KTG. Okazało się, tak samo jak poprzedniego dnia, że skurcze są, ale szyjka beton. Chwilę było jakieś pitu, pitu z położnymi i nagle skurcz sięgnął zenitu, myślałam, że zemdleję, a cała przyjemna atmosfera w momencie się ulotniła. Panie zaczęły coś nerwowo do siebie mówić, wjechało łóżko, przeniosły mnie na nie, założyły maskę tlenową i zaczęły ze mną biec do windy. Okazało się, że malutka traci tętno...

Na całe szczęście po podłączeniu do innej aparatury na sali porodowej okazało się, że mała wróciła.

Po kolejnych czterech godzinach skurczów, postęp był mierny. Byłam psychicznie i fizycznie wykończona. Chciałam już jak najszybciej zobaczyć moją małą, a czułam, że mam coraz mniej sił i nie dam rady. Ostatecznie poprosiłam o znieczulenie i jak tylko zaczęło działać to żałowałam, że tak późno się na nie zdecydowałam. Nobla za ten wynalazek! W momencie odzyskałam wigor!

Potem okazało się, że mała jest źle ułożona i trzeba poczekać na to, aby przyjęła właściwą pozycję. Trwało to kolejne 1,5h. Chyba bym nie dała rady bez tego znieczulenia, a tak sobie przysypiałam, pomimo całkiem ostrych skurczów. Znieczulenie to cudowna sprawa, dzięki niemu czułam, że coś się dzieje, więc w razie konieczności współpracowałam z położnymi, ale było to na tyle delikatne, że mogłam odpocząć od bólu.

Miałam cudowną położną, która w najtrudniejszych chwilach całowała mnie nawet w czoło :). Okazało się później, że ma polskie korzenie.

Finał porodu przebiegł gładko. A widok małej wynagrodził cały ból. Nasza gwiazda przyszła na świat o 12:39, prosto na lunch. 3280 gram i 51 cm szczęścia! Tego nie da się opisać słowami, tej fali uczuć, tych emocji, radości, ulgi, że wszystko jest dobrze, że już jesteśmy razem.

Witaj na świecie nasza księżniczko! Dłuuugo na Ciebie czekaliśmy!

Próba uśmiechu
To ostatnie zdjęcie bez znieczulenia, potem były wyzwiska, brzydkie miny i niecenzuralne wołacze :)
Znieczulenie wybawienie

E.T. 
Poród to traumatyczne przeżycie dla mężczyzny - taaaa...
To jest właśnie cud narodzin
Zimno mi więc ryczę!!! 
Dzięki Ci kobieto! 

środa, 14 grudnia 2016

Ostatnie chwile przed wielkim wybuchem

Gniazdko, a raczej kącik, uwity
Pierniki na zbliżające się święta gotowe
Wiele pierników zostało zapuszkowanych
Brat nie może się doczekać!
Mamie apetyt dopisuje
Dania nie mieszczą się na talerzu :)
Tradycyjny zestaw późnowieczorny
22.10
01.12
06.12
12.12

czwartek, 27 października 2016

W oczekiwaniu na J

Coraz bliżej do Wielkiego Wybuchu. Z tej okazji, Natalia, nasz rodzinny fotograf, uwieczniła chwile oczekiwania na wyklucie się naszej J. Dlaczego J? - bo do końca nie możemy się zdecydować, czy nazwiemy tę naszą fruzię Julia czy Jagna. 

Natalia - we love you! A po naszemu - jo Cię kochom, lubia, szanuja i co złego to nie my! 




niedziela, 16 października 2016

La Marche de l’espoir

W tym roku już po raz 25-ty, organizacja Terre des Hommes Suisse organizowała charytatywny marsz celem zebrania funduszy na pomoc biednym dzieciom, tym razem z Kolumbii. Impreza jest bardzo fajna, bo wymaga od dzieci nieco zaangażowania - najpierw muszą poszukać sponsorów, którzy deklarują ile zapłacą za każdy przemierzony kilometr, później jest sam marsz z dodatkowymi atrakcjami w postaci quizów, za które można dostać dodatkowe kilometry, a na końcu jest etap zbierania zadeklarowanych funduszy i przekazanie ich na konto organizacji.

W zeszłym roku byliśmy sponsorami, a w tym postanowiliśmy wybrać się na przechadzkę osobiście. Ania z powodu ciąży została w domu, a ja z Jasiem i znajomymi przeszliśmy 12 kilometrów, co razem z bonusowymi czterema kilometrami przełożyło się na 196 franków. W imieniu kolumbijskich dzieciaczków, dziękujemy hojnym sponsorom :).



sobota, 15 października 2016

Wojny nie będzie - same dziewczynki się rodzą :)

Ten rok jest owocny! To śmieszne, ale w tym samym roku w ciążę zachodzi kolejno moja kuzynka Agnieszka, przyjaciółka Magda, moja siostra Ola, no i ja :). I co najbardziej niesamowite - wszystkie będziemy miały dziewczynki!

Najpierw, 26 września, na świat przychodzi Hanula. 


10 października Ola daje światu Manię. 


A w Dzień Nauczyciela Madzia rodzi Hanię Manię. 


Witajcie na świecie cudne istotki!

Teraz już tylko ja zostałam...