niedziela, 12 lipca 2015

Mój ulubiony moment

Wykąpany, pachnący, milczący, wyciszony, we śnie. Istny anioł! Uwielbiam ten moment, ten odlot, zacałowałabym wtedy na amen. 

Amen.


piątek, 10 lipca 2015

Pierwsze żeglarskie szlify

Jakiś miesiąc temu były pierwsze piłkarskie szlify, to czas teraz na szlify żeglarskie :). Dzięki zaproszeniu wujka Sebastiana i jego syna (też Jaśka), udaliśmy się w piątkowe popołudnie po pracy na przystań do Versoix. Tam, instruowani przez Kapitana Sebastiana, wspólnie przygotowaliśmy żaglówkę i wypłynęliśmy w około dwugodzinny, przyjemnościowo-instruktażowy :) rejs po Jeziorze Genewskim. 

Było bardzo fajnie, a chłopaki mieli nawet możliwość posterowania, co bardzo im się podobało i za co bardzo dziękujemy Kapitanowi, polecając się oczywiście na przyszłość ;).



sobota, 13 czerwca 2015

Żeby kózka nie skakała...

Całe swoje dzieciństwo bałam się tego, że dostanę zakażenia krwi. Mama co jakiś czas wspominała o tym jak to przekuła sobie odcisk igłą wyparzoną w herbacie (sic!) i poszła jej piska tj. pręga! Tak zrodziła się największa zmora mojego dzieciństwa. Pamiętam, że bywały wieczory, kiedy przed pójściem spać dokładnie sprawdzałam, czy gdzieś przypadkiem, nie wiadomo z jakiego powodu, nie leci mi piska :). 

U mnie jakoś obyło się bez zakażenia krwi, Jasiu jednak miał mniej szczęścia... A zaczęło się od upadku na hulajnodze, przy zjeździe z rampy. Rana na dłoni była dosyć nieciekawa, bo powchodził w nią żwir. Polecieliśmy do domu szybko ranę przemyć i zdezynfekować. Janek ryczał wniebogłosy, ale po zastosowaniu magicznego plasterka ból zniknął, a Jaś stwierdził, że właściwie nic mu nie jest i może iść na wcześniej zaplanowane urodziny koleżanki. 

Urodziny odbyły się w bawialni, plaster odpadł i rana miała kontakt z zyliardem bakterii. Wieczorem zauważyłam, że wokół niej robi się dziwny rumień. Po jakimś czasie rumień zaczął się formować w pręgę. Zaznaczyłam długopisem do jakiego miejsca sięga, a po pół godziny nie miałam już wątpliwości, że to zakażenie krwi. 

Szybko zebraliśmy się na pogotowie, gdzie spędziliśmy praktycznie całą noc. Pani pielęgniarka była nieco zdziwiona, że zakażenie poszło w takim tempie. Janek dostał kroplówkę z antybiotykiem. W niedzielę dwukrotnie była u nas pielęgniarka i Janek dostał kolejne dwie kroplówki, potem w poniedziałek poranna wizyta w szpitalu na kolejną i jeszcze doustnie antybiotyk na 10 dni. 

Miejmy nadzieję, że to pierwsza i ostatnia tego rodzaju przygoda. Nie fikaj Jasiu! :)


4 nad ranem...
Kroplówka a la maison :)
Trzeba sobie radzić :)

sobota, 6 czerwca 2015

Pierwsze piłkarskie szlify

Po całym roku treningów piłkarskich Jasia, nadszedł czas na weryfikację zdobytych umiejętności - pojechaliśmy na regionalny turniej do francuskiego Annemasse. Pogoda dopisała, a jako że boisko usytuowane było w pobliżu aeorodromu, mieliśmy dodatkową atrakcję. Niestety "dopisała" również francuska niepunktualność - zerwaliśmy się w sobotni poranek wcześnie z łóżek, żeby dojechać na dziewiątą kiedy to turniej miał się rozpocząć, ale jak zwykle wszystko przeciągnęło się o dobrą godzinę :). I właściwie nie wiadomo czemu, bo sądząc po obłożeniu parkingów, raczej wszystkie drużyny i ich kibice przyjechały mniej więcej na czas. A było ich sporo, więc zachodzi podejrzenie, że opóźnienie wynikało po prostu ze standardowych francuskich całusów i obściskiwań na przywitanie ;). Polecam poniższy filmik świetnie opisujący to zjawisko :D.



Zacięte rozgrywki trwały do późnego popołudnia. Chłopaki co prawda dawali z siebie wszystko, ale to i tak okazało się być za mało na inne drużyny, bo większość spotkań niestety przegrali, a przegrywanie to nie jest ulubiona rozrywka naszego kochanego piłkarza ;). Na całe szczęście medale były przygotowane dla wszystkich uczestników, co chociaż trochę osłodziło gorycz porażki :)

Międzymeczowy chillout
Luta!
Fair Play
Jest i medal

poniedziałek, 25 maja 2015

Majowy weekend nad Lago Maggiore

Zachęceni naszym poprzednim pobytem na włoskim kempingu, postanowiliśmy wybrać się na jeden z dłuższych majowych weekendów w podobnej formule. Tym chętniej, że zmontowała się większa ekipa w składzie: my, Wojtek z Marzeną, Michał z Kasią plus łącznie pięcioro dzieci :). Kuszące też było planowane miejsce docelowe, czyli włoskie miasteczko Cannobio, położone nad jeziorem Maggiore, bardzo blisko granicy z włoskojęzyczną częścią Szwajcarii, ponieważ w tych okolicach jeszcze nie byliśmy. 

Kolejny już raz Wojtek i Marzena byli na tyle mili, że zaproponowali nam wspólną podróż ich siedmioosobowym wesołym "Łapkobusem", na co bardzo chętnie się zgodziliśmy, gdyż dzięki temu mogłem po drodze w pełni podziwiać piękno szwajcarskich i włoskich Alp. A było na co popatrzeć, bo wyjechaliśmy w piątek po południu i jechaliśmy przez Przełęcz Simplon, gdzie wjeżdża się na wysokość ponad 2000 m n.p.m. Już we Włoszech zatrzymaliśmy się na wieczorną pizzę, gdzie na odchodne pani kelnerka chciała zaproponować dzieciom lizaki Chupa Chups, mówiąc "ciupa ciupa" - może nie było to najmilsze ;), ale wywołała tym salwy śmiechu, które powracały właściwie co jakiś czas do końca wyjazdu :).

A we Włoszech jak to we Włoszech - chillout, pyszne jedzenie, fantastyczne włoskie "gelato" oraz kawa. Tym razem jednak mieliśmy pecha do kempingu - w naszym domku były hordy mrówek, obyło się na szczęście bez ugryzień i innych tego typu przykrych niespodzianek. W sobotę zrobiliśmy sobie spacer po Cannobio i tu też standard - gdzie nie pójdziesz wszędzie ładnie :). Pograliśmy trochę w siatkówkę, popuszczaliśmy trochę kaczek na jeziorze, ogólnie ciężka sytuacja ;). A wieczorem dołączyli do nas jeszcze Zbyszek z Justyną i Zuzią, więc było jeszcze weselej, aż do momentu kiedy Jasiu się potknął idąc do ubikacji i uderzył twarzą w muszlę klozetową, zapewniając sobie cudowne limo pod okiem - na szczęście nic poważnego mu się nie stało.

W niedzielę wybraliśmy się w rejs po Lago Maggiore. Mimo, że Jasiu miał raczej słaby humor, który na szczęście poprawił mu się później, to i tak było fajnie. Ostatecznie dopłynęliśmy do Isola Bella, wyspy na której jest między innymi pałac Borromeuszów, który udało nam się zwiedzić, wraz z przepięknymi ogrodami, w których majestatycznie przemieszczają się białe pawie. Dzień zakończyliśmy piknikiem nad jeziorem, czekając bez większych emocji (choć nie wszyscy :)), na wyniki wyborów prezydenckich w Polsce.

W ostatni dzień pojechaliśmy jeszcze do Szwajcarii, gdzie przez Asconę i Locarno dojechaliśmy do tamy Verzasca, wysokiej na 220 metrów, położonej w dolinie o tej samej nazwie, z której już dwóch moich kolegów skakało na bungee. Obaj żyją, ale po zobaczeniu na własne oczy co widzieli sekundy przed skokiem, darzę ich jeszcze większym szacunkiem :). Stamtąd ruszyliśmy w drogę powrotną, ale niedaleko zajechaliśmy, bo w miejscowości Cannero, zatrzymaliśmy się na obiad, gdzie trafiłem na jeden z najlepszych makaronów jakie jadłem w życiu (mimo, że skład ma nieskomplikowany) - Spaghetti con Aglio Olio e Peperoncino - przepycha!

Tym razem chcieliśmy ominąć kręty przejazd przez przełęcz Simplon i jechać pociągiem na specjalnej platformie z miejscowości Iselle we Włoszech do Brig w Szwajcarii. Przejazd tunelem zajmuje tylko 20 minut, ale kolejki były takie, że odpuściliśmy i znowu było nam dane podziwiać piękno szwajcarskich Alp. Dziękujemy całej ekipie za super weekend i polecamy się na przyszłość!

Łoweł
Ciężkie życie włoskich emerytów
Nasze ciężkie życie :)
Znowu będzie pyszne papu!
Na chacie u Borromeuszów
Bosh, ile człowieków...
Aaaa... mam Was w...
Wietrzenie pachy
Ciuś, ciuś, ciuś, zakochana para :)
Gelato!
Łożarte dyskusje polityczne :)
Tama Verzasca
Spaghetti con Aglio Olio e Peperoncino - po lewo!
Wracając przez Szwajcarię